„Zagłębiaj się w Moim opuszczeniu” – materiały

Zapraszamy do lektury homilii ks. Piotra Szyrszenia SDS, pochodzących z Wielkopostnych Dni Skupienia p.t. „Zagłębiaj się w Moim opuszczeniu. Rozważając Mękę Jezusa ze św. Faustyną”.

 

U Ciebie, Boże, znajdzie litość sierota! Ulecz nas, scal nas na nowo!
homilia – piątek III tygodnia Wielkiego Postu, 9 marca 2018 r.
Oz 14, 2-10; Ps 81, 6c-11b.14.17; Mk 12, 28b-34

„Zagłębiaj się… w Moim opuszczeniu…” – zachęcał Jezus siostrę Faustynę. Wybraliśmy tę zachętę na temat weekendowego skupienia, w którym będziemy rozważać Mekę Pańską wg św. Marka, bo ten Ewangelista, być może najmocniej z czterech, akcentuje doświadczenie opuszczenia, które Jezus przeżywał w czasie Męki. Wyrazem tego może być wołanie Jezusa: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mk 15, 34). Jezus mówił do św. Faustyny: „O trzeciej godzinie błagaj mojego miłosierdzia, szczególnie dla grzeszników, i choć przez krótki moment zagłębiaj się w mojej męce, szczególnie w moim opuszczeniu w chwili konania. Jest to godzina wielkiego miłosierdzia dla świata całego. Pozwolę ci wniknąć w mój śmiertelny smutek; w tej godzinie nie odmówię duszy niczego, która mnie prosi przez mękę moją…” (Dz. 1320). Tę zachętę chcemy sobie wziąć do serca nie tylko na czas tego skupienia, choć może na ten czas w sposób szczególny.

Mając w pamięci te słowa Jezusa „zagłębiaj się… w Moim opuszczeniu”, czytałem fragmenty Pisma Świętego z dzisiejszej liturgii. I jak jasny snop światła stały się dla mnie słowa z księgi proroka Ozeasza: „u Ciebie bowiem znajdzie litość sierota”. To słowa, które Bóg każe Izraelitom zabrać ze sobą, każe im nosić je, oczywiście nosić w sercu i rozważać, a wyrazem tego jest noszenie ich również na wargach. Nie bez znaczenia jest wyznanie Izraelitów: „zamiast cielców dajemy Ci nasze wargi”. Co oznacza to: „dajemy Ci nasze wargi”? Oczywiście, powtórzmy to, nie chodzi o to, żeby mieć słowo jedynie na wargach, ale o to, by mieć je także w swoim sercu i w swoim życiu. Ale warto przypomnieć, że kiedyś, przed wiekami, medytacja słowa Bożego nie była postrzegana jako czynność intelektualna, ale właśnie jako działanie ust. Stąd psalmista modli się: „usta sprawiedliwego głoszą mądrość” (Ps 37, 30). Tymczasem te słowa po łacinie brzmią: „os iusti meditabitur sapientiam”, a więc można by je oddać również tak: „usta sprawiedliwego medytują mądrość”. My wnioskujemy, że umysł rozmyśla, a usta głoszą. A kiedyś, przed wiekami, mnisi – na określenie czytania Pisma Świętego połączonego z jego rozważaniem – używali słowa: „ruminatio” (przeżuwanie). Nam „przeżuwanie” kojarzy się z krową, tudzież jej podobnymi zwierzętami. Chrześcijanin ma słowo Boga „przeżuwać”, aby to słowo Boga przez niego „spożyte” (pamiętacie zachętę skierowaną przez Boga do Ezechiela w Starym Testamencie czy do św. Jana w Apokalipsie: „zjedz ten zwój”, a nie „przeczytaj tej zwój”), zostało przetrawione i aby stanowiło pokarm dla całego jego organizmu (życia), a nie tylko dla głowy.

Jakie słowa Bóg daje nam dziś jako pokarm? To słowa: „u Ciebie, Boże, znajdzie litość sierota”. Te słowa mamy „przeżuwać”, smakować je, aby stały się duchową strawą dla nas, którzy mamy poczucie sieroctwa. To uderzające, że kiedy my ze swojej strony chcemy zagłębiać w opuszczenie Jezusa, pierwszym słowem, które słyszymy na rekolekcjach, mówi o naszym poczuciu opuszczenia, o naszym sieroctwie, o naszej tęsknocie z Ojcem, o naszym pragnieniu poznania Boga, prawdziwego Boga, który jest Ojcem, naszym Ojcem.

I jest jeszcze w dzisiejszym pierwszym czytaniu obietnica Boga: „uleczę ich niewierność, szczodrze obdarzę ich miłością”. To jest słowo z księgi Ozeasza, która, może o tym pamiętamy, mówi o Izraelu jako o niewiernej oblubienicy. Izrael odwrócił się od jedynego Boga, a zwrócił się do bożków. Przywołajmy tu pewną intuicję z encykliki papieża Franciszka o wierze. Przeciwieństwem wiary nie jest niewiara, ale bałwochwalstwo. Izraelici, jak słyszeliśmy w pierwszym czytaniu, wyznają: „nie chcemy już (…) mówić: ‘nasz boże’ do dzieła rąk naszych”. A papież Franciszek przypomniał w przywołanej encyklice, że „bożek jest pretekstem do tego, by postawić samych siebie w centrum rzeczywistości, adorując dzieło własnych rąk”. I jeszcze papież dodał: „Człowiek, gdy traci zasadnicze ukierunkowanie, które spaja jego życie, gubi się w wielorakości swoich pragnień. (…) Kto nie chce zawierzyć się Bogu, zmuszony jest słuchać głosów wielu bożków, wołających do niego: ‘zdaj się na mnie!’” (LF 13). Pójście za bożkiem czy bożkami prowadzi do destrukcji, do rozdarcia naszego serca i do rozpadu naszego życia na niezliczoną liczbę kawałków. Człowiek odwrócony od Boga, czuje się jak sierota. Czuje się jak sierota niezaspokojona, bo tylko miłość Ojca mogłaby sierotę zaspokoić. Tymczasem odwracając się od Boga, my zaczynamy szukać zaspokojenia w innych osobach czy rzeczach. A nic, poza Bogiem, nas nie zaspokoi. Sierocie nic nie wypełni serca, jak tylko miłość Ojca.

Bóg dziś nam zapowiada, że chce nam okazać miłosierdzie. Nam, Jego dzieciom, którzy czujemy się jak sieroty. Bóg chce uleczyć naszą niewierność, czyli chce nas zwracać ku Sobie i scalać, scalać nasze serce i nasze życie. W jaki sposób? Mamy wrócić do tego, co było na początku. Mamy wrócić do tego, co pierwsze. I dlatego razem z uczonym w Piśmie stawiamy pytanie, być może bardzo oczywiste, ale trzeba je postawić i usłyszeć bardzo oczywistą odpowiedź. Czas rekolekcji, czas modlitwy jest czasem, kiedy mają wybrzmieć w nas i na nowo nabrać właściwego znaczenia prawdy oczywiste. Pytamy więc: „Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań?”. Słyszymy odpowiedź: „Słuchaj, Izraelu, Pan Bóg nasz, jest jedynym Panem. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą”. Słuchaj słowa Boga, który jest jedynym Panem, i na Jego słowo odpowiedz miłością. Jaką? Całkowitą? Na miłość jedynego Boga adekwatną odpowiedzią może być tylko miłość całkowita. I ta całkowita miłość wobec Boga, jedynego Pana, scala nasze serce i duszę, nasz umysł i życie. Bałwochwalstwo rozbija. konsekwencją odwrócenia się od jedynego Boga jest rozpad. A miłość Boga i zwrócenie się do Boga nas scala.

Bóg tęskni za naszym życiem scalonym i pięknym. Tę tęsknotę przepięknie oddaje dzisiejsze pierwsze czytanie. Wyobraźmy sobie drzewo rosnące na Libanie. Bóg mówi, że Izrael jak drzewo „zapuści korzenie”, a ponadto, że „rozwiną się jego latorośle”, czyli jego gałęzie. I na tym nie koniec. Jeszcze „woń jego będzie jak woń Libanu”. I na tym jeszcze nie koniec, bo sława tego drzewa (tych winnic) rozejdzie się daleko. Pomyślałem sobie, że drzewo głęboko zakorzenione to obraz chrześcijanina „radykalnego” (łac. „radix” – korzeń), czyli zakorzenionego w słowie Bożym i w Eucharystii. Drzewo o rozwiniętych gałęziach, w których – skorzystajmy z przypowieści o ziarnku gorczycy – znajdują mieszkanie liczne ptaki niebieskie, to może być obraz chrześcijanina, którego serce i dom są gościnne, którego ręce mają zdolność przygarniania i przytulania innych (por. Mt 13, 31-32). Zakorzenienie w Bogu wydaje więc owoce w relacjach z ludźmi. I wreszcie to drzewo, którego liście czy owoce są źródłem pięknego zapachu. A św. Paweł pisze, że chrześcijanie są „miłą Bogu wonnością Chrystusa zarówno dla tych, którzy dostępują zbawienia, jak i dla tych, którzy idą na zatracenie” (2 Kor 2, 15). Chrześcijanin staje się jak Bóg, którego słońce wschodzi nad dobrymi i nad złymi, którego deszcz spada na sprawiedliwych i niesprawiedliwych (por. Mt 5, 45).

A Bóg o swoim działaniu mówi: „stanę się jakby rosą dla Izraela”. Jak piękny to obraz! Działanie Boga jest pełne delikatności. Miłość jest wytrwała i delikatna, wszechmocna i czuła. I taka miłość Boga nas chce w tych dniach nawracać i scalać. Tak, chcemy towarzyszyć w najbliższych godzinach Jezusowi opuszczonemu. Chcemy zagłębiać się w Jego opuszczenie, ale już teraz przypomnijmy sobie, że On wszedł w opuszczenie, ponieważ to było nasze doświadczenie. Bóg stał się człowiekiem, przyjął nasze człowieczeństwo. Wszedł w to, że wskutek grzechu naszego czy innych czujemy się jak sieroty. Być z Jezusem opuszczonym oznacza również pozwolić Jezusowi być z nami opuszczonymi. Trzeba zagłębiając się w opuszczenie Jezusa pozwolić, aby On mógł zagłębiać się w nasze sieroctwo i aby w głębi naszego serca, przeżywającego doświadczenie osierocenia i rozpadu, mógł zawołać: „jesteś umiłowanym dzieckiem Ojca!”.

a

Ufność bezsilnie samotnego i zadufanie samowystarczalnego
homilia – sobota III tygodnia Wielkiego Postu, 10 marca 2018 r.
Oz 6, 1-6; Ps 51, 3-4.18-21a; Łk 18, 9-14

Zatrzymajmy się na moment przy pierwszym zdaniu odczytanej przed chwilą Ewangelii. To zdanie wskazuje adresatów przypowieści, którą Jezus opowiedział. Może warto zauważyć, że od 2016 r. korzystamy w liturgii (a przynajmniej jest zalecenie, by korzystać) z nowego wydania lekcjonarza, a w nim z nieco poprawionego przekładu Biblii Tysiąclecia. We wcześniej używanym w liturgii przekładzie słyszeliśmy, że Jezus mówił „do niektórych, co UFALI SOBIE, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili”; a w tym, który słyszeliśmy przed chwilą, że opowiedział przypowieść „niektórym, co DUFNI BYLI W SIEBIE, że są sprawiedliwi…”.

Tłumacz spróbował zrobić coś, aby nasze ucho zarejestrowało różnicę postaw, poprzez grę słów, grę przeciwieństw. Możemy więc podzielić ludzi na dwie grupy. Jedną stanowią „ufni”, a drugą „dufni w siebie”, zadufani w sobie. Czym się różnią te postawy? Ufność to postawa, którą przeżywamy w relacji z kimś drugim, a zadufanie w sobie – w izolacji, w oderwaniu od innych. Ufność przeżywamy zwykle w relacji z kimś większym od nas, natomiast w przypadku zadufania rozrasta się i to bardzo nasze „ja”. Ufność przeżywamy w relacji z osobą/Osobą, z kimś mocniejszym, przy kim czujemy się bezpieczni. Ufność to w pewnym sensie powrót do stanu bycia jak niemowlę, stanu bezpieczeństwa w rękach ojca, silnego i czułego równocześnie. Objawieniem ufności jest modlitwa Jezusa w Getsemani. Jezus przeżywa siebie jako Dziecko, które do Ojca zwraca się wołając: „Abba” (Mk 14, 36). Ufność to postawa nie tylko kogoś, kto ma niewiele lat, czyli dziecka, ale to też postawa dorosłego w relacji z Bogiem Ojcem. Ufność dojrzałego w wierze chrześcijanina nie jest infantylna. Jezus w Ogrójcu, kiedy mówi: „Abba”, nie jest infantylny; wręcz przeciwnie. Tam, w Getsemani, Jezus jest dojrzały. Tam objawia największą dojrzałość. Ta dojrzała ufność Jezusa objawia się w okolicznościach dramatycznych. Ufając bezgranicznie Ojcu wejdzie w Mękę zbawczą, ratującą nas.

Może wypadałoby teraz, może najlepiej byłoby zacytować teraz św. Faustynę… Ale pozwólcie, że podzielę intuicją zaczerpniętą od innego świętego. W tych dniach w dzienniku duchowym założyciela mojego zgromadzenia, salwatorianów, sługi Bożego o. Franciszka Marii od Krzyża Jordana (1848-1918), natrafiłem na zdanie pochodzące od św. Franciszka Ksawerego. Założyciel zanotował to zdanie dwa razy pod koniec życia, mając 61 i 69 lat (dziewięć lat i dziewięć miesięcy przed swoją śmiercią). Jedna myśl, ale gdy zapisywana ponownie, zapisana z drobną zmianą. „Najgroźniejsze niebezpieczeństwo jest w tym, gdy wśród największych niebezpieczeństw STRACI SIĘ zaufanie do Boga” (DD III/22; 3 XII 1911). „Najokropniejsze niebezpieczeństwo polega na tym, że wśród największych niebezpieczeństw TRACI SIĘ zaufanie do Boga” (DD IV/38; 4 XII 1917). Dramatem jest nie tylko to, że „straci się”, a nawet to, że „traci się” zaufanie do Boga pośród największych niebezpieczeństw. Jezus w najdramatyczniejszych momentach, jakimi są dla Niego Ogrójec i Golgota, nie traci zaufania do Boga. Modli się, jak potrafi. I może ktoś spodziewałby się, że skoro w Ogrójcu wołał: „Abba, Ojcze” (Mk 14,36), na Golgocie może powinien wołać podobnie: „Abba, Abba”. Nie! To nasze wyobrażenia. Słowa, które tam wypowiada: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił” (Mk 13, 56), to pierwsze słowa psalmu 22. Modląc się słowami psalmu Jezus wyraża zaufanie do Ojca. Również korzystając z psalmów, korzystając z modlitw ze skarbca tradycji Kościoła, z modlitw znanymi nam formułami modlitewnymi, możemy wyrazić w dramatycznych momentach głęboką ufność wobec Boga.

Ufność przeżywamy w relacji z kimś, z osobą. Natomiast w zadufaniu w sobie może się pojawić akcent na relację z ideami. W wymiarze religijnym można by to oddać tak: w ufności kładziesz akcent na relację z Bogiem przykazań (oczywiście nie pomijając ważności danych przez Boga przykazań), a w zadufaniu w sobie może się pojawić akcent na przykazania Boże (z zapomnieniem o relacji z Bogiem przykazań albo z jej niedocenieniem). Tymczasem nie można mądrze przyglądać się sobie w świetle samych przykazań Bożych, bez wcześniejszego i równoczesnego spotkania z Bogiem przykazań. Przypomniał o tym kiedyś św. Jan Paweł II, że w sakramencie pojednania „zanim dojdzie do spotkania z «przykazaniami Bożymi», następuje spotkanie w Jezusie z «Bogiem przykazań»” (list do kapłanów na Wielki Czwartek 2012 r.). Dlatego ważne jest, by każdorazowo powtarzając Dziesięć Przykazań, zaczynać od wstępu: „Ja jestem Pan, Bóg twój, który cię wyprowadził z ziemi egipskiej, z domu niewoli” (Wj 20, 1); słyszeliśmy te słowa w ostatnią niedzielę.

W tej perspektywie przyjrzyjmy się bohaterom przypowieści opowiedzianej przez Jezusa. Faryzeusz „w duszy się modlił”, jakby mówił sam do siebie. Zdaje się chwalić tym, że on zachowuje przykazania. Zdaje się przedstawiać jako ktoś doskonały, w pewnym sensie samowystarczalny, ale w związku z tym bardzo samotny. Samowystarczalność może na pierwszy rzut oka wygląda atrakcyjne, ale jest to zwodnicza atrakcyjność. Bo gdy wystarczasz sam sobie, gdy nie potrzebujesz nikogo, ani Boga, ani człowieka, stajesz się bardzo samotny. I w pewnym momencie uświadamiasz sobie, że taka samowystarczalność zaczyna boleć. Zadufanie zamyka nas w sobie samych, a to zamknięcie z czasem zaczyna boleć. Bo Bóg stworzył nas jako potrzebujących relacji z Nim i z ludźmi. Nie wszyscy mają wszystko, abyśmy wzajemnie mogli sobie pomagać.

A celnik? Kondycję celnika można by opisać korzystając ze słów jednego z wielkopostnych hymnów z brewiarza, z jutrzni: „Przed Tobą, Ojcze, stajemy skruszeni i obciążeni winami, a niosąc w sobie bezsilną samotność, szukamy Twojej pomocy”. Celnik ma świadomość swojej samotności i bezsilności, ale w jego sercu rodzi się i rozwija ufność, która otwiera go na Kogoś innego, na Boga. Bezsilny wobec swojego grzechu, prosi Boga o miłosierdzie. Szuka u Boga pomocy. Zaczyna wychodzić ze swej samotności. A może trzeba powiedzieć, że Bóg zaczyna Go wyprowadzać z jego samotności. Celnik nie jest jeszcze dojrzały w przeżywaniu swojej grzeszności. Wbił wzrok w ziemię (to odruch grzesznika; według Ojców Kościoła to konsekwencja grzechu). Nie potrafi podnieść oczu ku niebu, ale prosi o miłosierdzie bijąc się w piersi.

Celnik widzi swój grzech, ale zaczyna też widzieć miłosierdzie. I tu pomaga nam św. Faustyna: „Wiem dobrze, czym jestem sama z siebie, dlatego Jezus odsłonił oczom duszy mojej całą przepaść nędzy, jaką jestem, a przez to rozumiem dobrze, że cokolwiek w duszy mojej jest dobrego, jest to tylko łaska Jego święta. To poznanie nędzy mojej daje mi zarazem poznać przepaść miłosierdzia Twojego. W życiu swoim wewnętrznym patrzę jednym okiem w przepaść swej nędzy i nikczemności, jaką jestem, a drugim okiem patrzę w przepaść miłosierdzia Twego, Boże” (Dz. 56). To, co robi św. Faustyna, kiedyś nazwałem sobie „zbawiennym zezem”, choć tak naprawdę chyba nie potrzeba „zeza”, żeby wpatrywać się w nędzę człowieka i miłosierdzie Boga. Bo w Jezusie Bóg zszedł z nieba na głębiny nędzy człowieka i tam objawił swoje miłosierdzie. Przekonał się o tym Zacheusz: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu” (Łk 19, 5). W Jezusie Bóg schodzi do naszego poziomu, aby spotkać nas tam, gdzie jesteśmy, i okazać nam miłosierdzie. Prośmy o łaskę ufności, która otwiera na Boga i człowieka! A może o łaskę większej ufności!

a

Oby Jezus i o tobie mógł powiedzieć: „uczyniła, co mogła”!
homilia – IV Niedziela Wielkiego Postu (rok B), 11 marca 2018 r.
2 Krn 36, 14-16.19-23; Ps 137, 1-6; Ef 2, 4-10; J 3, 14-21

Kończąc rano rozważanie fragmentów Pisma Świętego z dzisiejszych czytań mszalnych, pytałem siebie, które z wielu ważnych słów czy zdań, pozostaje we mnie. To, co powiem, może być bardzo subiektywne, niemniej… Wyobraźcie sobie, że dziś po Mszy świętej, ktoś zapytałby was, co Bóg dziś do nas powiedział, co mówił do ciebie, co mówił do całej wspólnoty. Można by odpowiedzieć, że mówił o niewoli babilońskiej, która była konsekwencją popełnionych grzechów (pierwsze czytanie); o niewoli, w której Izraelici wspominali i opłakiwali to, co utracili (psalm); o Bogu bogatym w miłosierdzie (drugie czytanie) i o Bogu, który tak umiłował świat, że posłał swojego Syna, aby każdy, kto wierzy w Niego, odzyskał utracone życie i żył pełnią życia (Ewangelia). Ale we mnie, – może to subiektywne -, pozostaje tak po prostu zdanie z listu św. Pawła do Efezjan: „jesteśmy Jego dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie do dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili” (Ef 2, 10). Jesteśmy dziełem Boga, który jest „dives in misericordia”, czyli „bogaty w miłosierdzie”. Zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, Miłosiernego i Dobrego, i na Jego wzór mamy być miłosierni i dobrzy. Bóg „przeogromne bogactwo swojej łaski” okazuje „przez dobroć względem nas, w Chrystusie Jezusie”. I tęskni za tym, byśmy byli jak On, „bogaci w miłosierdzie”. Jesteśmy stworzeni do „dobrych czynów”. To przypomina kobietę namaszczającą Jezusa w czasie uczty w Betanii, o której Jezus mówi: „Spełniła dobry uczynek względem Mnie. (…) uczyniła, co mogła” (Mk 14, 6.8).

Ale Bóg uczy nas dziś realizmu. Przypomina nam, że pomijanie tego, że po grzechu pierworodnym człowiek ma naturę zranioną, skłonną do zła, jest przyczyną wielu błędów w życiu osobistym, rodzinnym, społecznym. Historia jest nauczycielką życia. W pierwszym czytaniu słyszymy o Izraelitach, którzy mnożyli nieprawości i o Bogu, który „bez ustanku” wysyłał do nich proroków, bo „litował się”. Bóg działa zgodnie z tym, Kim jest! O czym przypomina nam ta sytuacja? O tym, że można absurdalnie trwać w oporze wobec Boga, szydzić z proroków, lekceważyć ich słowa, wyśmiewać, niszcząc swoje życie i trwoniąc dobro wspólne, w efekcie czego nie tylko nasze życie osobiste staje się puste, ale również rozkradany jest i demolowany majątek narodowy.

Płacz, którego jesteśmy świadkami w psalmie, przypomina mi inwokację „Pana Tadeusza”. „Litwo! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie, ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie”. Błogosławione łzy, które zmywają kataraktę z naszych oczu. Łzy, które oczyszczają, by zobaczyć życie utracone, zdrowie utracone, piękno utracone i tęsknotę za nimi. Ale dziś liturgia przypomina nam, – co przypomina nam też św. Faustyna -, że ten płacz nie może się koncentrować jedynie na przepaści naszej nędzy, ale drugim okiem winniśmy kontemplować głębię Bożego miłosierdzia. Jeszcze raz więc przypomnijmy o Bogu, który „bez ustanku” wysyłał proroków, bo „litował się” nad swoim ludem. To Bóg zawsze miłosierny! To Bóg nie bagatelizujący grzechu, czego sygnałem jest Jego gniew, i Bóg „bogaty w miłosierdzie”. I posyłający już nie tylko proroków, ale własnego Syna, by przywrócić nam życie.

Płacz nad grzechem jest doświadczeniem trudnym, ale błogosławionym. A Jezus uświadamia nam, że o wiele większym dramatem jest umiłowanie ciemności. Dramatem dziecka Światłości jest przyzwyczajenie się do ciemności, umiłowanie ciemności. Kiedy płaczesz, kiedy serce cię boli i płaczesz, to zdajesz sobie sprawę z tego, że masz problem. Błogosławieństwem jest to, że pamiętasz, kim byłeś i co utraciłeś. Błogosławieństwem jest to, że tęsknisz za tym, co utraciłeś, co marnotrawisz, co niszczysz, a do czego jesteś powołany. Dramatem jest, gdy przestaje cię to boleć. Przecież nawet kiedy przychodzisz do lekarza, jesteś pytany, gdzie cię boli, bo ból może pomóc zlokalizować problem. Dramatem jest, gdy grzech już tak znieczulił twoje serce, tak utwardził skorupę twego serca (świadomie mówię, że chodzi o utwardzenie skorupy serca), że zapominasz, kim jesteś; że zapominasz, kim Bóg chciałby, żebyś był. Ale, dodajmy, że chodzi o skorupę serca, bo nie da się stłamsić małego płomienia, który w głębinach serca mówi ci: „Jesteś dzieckiem Światłości! Jesteś dzieckiem Boga!”. Może twoje serce ma skorupę, – znów będzie coś od Mickiewicza -, która jest „z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa. Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi”. I trzeba zstępować do głębi.

Zostaliśmy w Chrystusie stworzeni do dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili. Jeszcze raz wróćmy do sytuacji, którą rozważaliśmy u początku naszego weekendowego skupienia. Kobieta namaściła głowę Jezusa używając prawdziwego olejku nardowego, drogocennego. Ten olejek to owoc miłości ofiarnej całego jej życia, miłości ofiarnej realizowanej na trasie „maratonu” całego życia. Nie martw się, że nie przebiegłeś maratonu! Nie martw się, że nie byłeś w ekipie zdobywającej K2 zimą. Codzienność – dni powszednie i niedziele – całego twojego życia są jak trasa maratonu czy jak wyprawa na K2. Nawet nie martw nie się, jeśli nie pójdziesz na Ekstremalną Drogę Krzyżową (skądinąd godną polecania)! Może od dawna i już długo przeżywasz, a może jeszcze długo będziesz przeżywać ekstremalną drogę krzyżową w codzienności.

Żyj miłością ofiarną realizując to, do czego cię Bóg powołał. Zbieraj ziarenko do ziarenka i cegiełkę do cegiełki. Bądź prorokiem! Nie koncentruj się na tym, że z ciebie szydzą, że cię lekceważą czy wyśmiewają, ale na tym się koncentruj, że jesteś dzieckiem Bożym i sobą samym, nawet bez słów, wskazujesz na Ojca. Nasz założyciel, założyciel salwatorianów, Franciszek Maria od Krzyża Jordan, który urodził się i wzrastał w Badenii w czasach Kulturkampfu, jako seminarzysta zapisał sobie w dzienniku: „Nie płaczcie, gdy dzieci tego świata was prześladują, lecz płaczcie dlatego, że one nie znają Pana!” (DD I/3). Bądź prorokiem! Żyj po prostu jak dziecko Boga! Prorok to nie ten, który przepowiada przyszłość, ale ten, kto mądrze przeżywa i uczy mądrze przeżywać teraźniejszość, a teraźniejszość mądrze przeżyta może być zaczynem pięknej przyszłości.

Nie koncentruj się na tym, że wielu cię nie zna! Siostra Faustyna Kowalska za życia znana była w zasadzie jedynie siostrom z jej wspólnoty, ale ofiarnie, bardzo ofiarnie, przeżywała codzienność. Ileż dobrych czynów, drobnych i większych, dla których Bóg ją stworzył, uczyniła współpracując z Panem Jezusem. Kończąc skupienie skorzystajmy z jej zapisków zrobionych pod koniec jakichś rekolekcji: „Chcę z tych rekolekcji wyjść świętą i pomimo wszystko, to jest pomimo nędzy mojej, chcę zostać świętą i ufam, że miłosierdzie Boże i z takiej nędzy, jaką jestem, może uczynić świętą, bo przecież mam dobrą wolę”. Miała dobra wolą, ale była też realistką; wiedziała, że będzie trudno. „Pomimo wszystkich porażek chcę walczyć jak dusza święta i chcę postępować jak dusza święta. Niczym się nie będę zniechęcać, jak się nie zniechęca dusza święta. Chcę żyć i umierać jak dusza święta, wpatrzona w Ciebie, Jezu…” (Dz. 1333), a my dodajmy od siebie: „Jezu, który przeszedłeś przez ziemię dobrze czyniąc” (por Dz 10, 38). Oby, o mnie i o tobie, Jezus kiedyś mógł powiedzieć, jak o tej kobiecie z Betanii: „Uczyniła, co mogła”! Oby ktoś patrząc na nasze życie, na codzienne zmaganie i konanie, mógł powiedzieć: „prawdziwie, ten jest/był dzieckiem Bożym”!

Ks. Piotr Szyrszeń SDS

Całość konferencji dostępna na CD, wydanych przez Księży Salwatorianów.

Zobacz: CD

Przeczytaj także:

Komentarze są wyłączone.